Figurkowy karnawał blogowy, czyli początki figurkowo – bitewne

Zainspirowany propozycją Inkuba, autora bloga „Wojna w miniaturze”, postanowiłem przyłączyć się do akcji „figurkowy karnawał blogowy”.

Szczegóły znajdują się tutaj: http://miniwojna.blogspot.com/2014/09/jesien-zbliza-sie-wielkimi-krokami-to.html

W pierwszym odcinku cyklu, należy opisać swoje początki figurkowo – bitewne.

Droga do BW-N 🙂

Myślę, że moje początki figurkowo – bitewne mogę przesunąć spokojnie na połowę lat 80-tych, kiedy to jako kilkuletnie dziecko rozkładałem na dywanie całe armie żołnierzyków, czy to „dużych”, czy to „małych”. Z perspektywy 5 – latka nie miało znaczenia, że w tej samej bitwie uczestniczą napoleońscy piechurzy, Indianie, kowboje, żołnierze LWP i amerykańscy marines z okresu II wojny światowej. Na polach bitew pojawiali się też rycerze, ale oni wyjątkowo trafiali do osobnej kategorii.

Trzeba przyznać, że wiele figurek żołnierzy było bardzo ładnie pomalowanych, zwłaszcza figury z czasów napoleońskich, czy kowboje. Część z nich zachowała się do dzisiaj i służy innym 5-latkom 😉

Później „dużych żołnierzy”, zastąpiły „małe żołnierzyki”, które po prostu łatwiej było dostać w dużych ilościach, oczywiście chodziło o skalę 1:72 🙂 Tutaj absolutnie dominowała II wojna światowa, a skala miała też tą zaletę, że pozwalała na użycie wielu czołgów, dział, czy nawet kolejek HO, które przewoziły żołnierzy na front.

Oczywiście o jakichkolwiek zasadach nie było mowy.

Stopniowo takie zabawy przekształciły się w zainteresowanie historią, a szczególnie historią wojskowości, co ostatecznie stało się nie tylko moim hobby, ale także wykształceniem. W międzyczasie pojawiło się też fantasy, modelarstwo i inny bardzo ważny element – gry planszowe. To dzięki planszówkom po raz pierwszy zetknąłem się z ideą, że zabawa może mieć skomplikowane reguły, które nadają jej nowy wymiar.

Prawdopodobnie pierwszą strategiczną planszówką, w jaką grałem była „Bitwa na polach Pelennoru”. Wyglądała ona tak:

Plansza gry „Bitwa na polach Pelennoru” – fotografia pochodzi z Portalu Strategie.
Zbliżenie na planszę gry „Bitwa na polach Pelennoru”. Zdjęcie pochodzi z Portalu Strategie.

Pomijając proste planszówki, które tworzyłem w podstawówce, kolejnym elementem pasji były gry Dragona: wojny napoleońskie, Ardeny, Kreta, Wiedeń, Tannenberg i inne. Dodatkowo byłem też fanem gry „Pustynna Burza”.

Plansza „Pustynnej burzy”.
„Wojny napoleońskie” wydawnictwa Dragon. Czasy Bonapartego od zawsze należały do moich ulubionych 🙂

Potem nadszedł czas pewnego zapomnienia planszówek, co na przełomie XX i XXI wieku było zjawiskiem dotyczącym całej Polski. Natura jednak nie lubi próżni; w moim przypadku rolę wypełniacza spełniły gry RPG.

Przygoda z RPG zaczęła się klasycznie, od Warhammera. Mieliśmy to szczęście, że na jednym podwórku mieszkało sporo osób w podobnym wieku, które lubiły fantasy, więc bardzo szybko zaczęliśmy wymyślać kolejne przygody. Z dzisiejszego punktu widzenia mogę osądzić, że pierwsze rozgrywki były dosyć prymitywne, nie znaliśmy jeszcze dobrze zasad, bo lektura grubego podręcznika szła powoli, zwłaszcza, że każdy wolał czytać „fluff”, a nie same zasady. Dlatego np. po każdym trafieniu rzucaliśmy „krytyka”. Średnia długość życia naszych postaci wynosiła 1,5 przygody. Dobrze, że już wtedy znano ksero i mogliśmy łatwo powielać puste karty, żeby je na nowo wypełnić 🙂

To oczywiście stopniowo ulegało zmianie, podobnie jak nasze doświadczenie i znajomość zasad. Rozwałkę zastąpiły przemyślane intrygi, klimat, horror. Pojawiły się też i inne systemy; Wampir maskarada, Wampir mroczne wieki, Zew Cthulhu, a potem nawet Dzikie Pola. Często jednak wracaliśmy do Warhammera.

Mniej więcej w 1996 – 1997 roku, kiedy we Wrocławiu istniały już sklepy poświęcone fantasy – hobby, jeden z naszych kolegów zakupił paczkę leśnych elfów z 5 edycji WFB. Idea gra figurkami szybko przypadła nam do gustu. Nie mając jakiegokolwiek pojęcia o WFB, udałem się do sklepu przy ul. Igielnej we Wrocławiu i poprosiłem o „Reptiliońskich wojowników”. Lubiłem Reptilionów z Warhammera, więc pomyślałem, że kupię takie gady. Pani sprzedawczyni zastanawiała się dłuższy czas, po czym wręczyła mi piękne, zielone pudełko, w którym znajdowało się 12 Skinków.

Niestety nie ma dobrego zdjęcia przedstawiającego pudełko skinków z 5 edycji WFB – przynajmniej takiego nie znalazłem. Widać je natomiast z daleka tutaj, na środku, za figurkami (zielone).

Nie znając jeszcze zupełnie jakichkolwiek zasad zagraliśmy z kolegą bitwę (a kilku innych kolegów asystowało) łucznicy leśnych elfów, kontra skinki. Szczęśliwie kolega elf dysponował jedną kostką k6, dzięki której mogliśmy rozstrzygać strzelanie, czy walkę, natomiast wszelkie pomiary wykonywaliśmy patyczkiem do lodów. Skinki miały dwa patyczki zasięgu ze swoich łuków, a leśne elfy trzy, albo cztery. Statystyki i system walki przenieśliśmy ze zwykłego Warhammera. Polem bitwy był kamienny stół, ustawiony na podwórku w ramach jego rewitalizacji po zniszczeniach powodzi, który miał służyć do grania w szachy i warcaby 🙂

Bitwa zakończyła się marginalnym zwycięstwem leśnych elfów, które zresztą miały wygrywać prawie zawsze przez następny rok z racji tego, że kolega stał się najszybciej posiadaczem podręcznika do swojej armii, a nam żal było wydać 80 – 90 PLN na książkę, skoro można było kupić figurki 🙂

W końcu reszta ekipy również zaopatrzyła się w książki i „wały się skończyły” 😉
Do dziś pamiętam, jak np. tato jednego z kolegów, który był jubilerem, zrobił mu odlew figurki ze srebra. Był to prawdopodobnie jedyny srebrny troll w Polsce 🙂

Mniej więcej tak wyglądały moje pierwsze skinki. Ja pomalowałem ja na zielono tak, jak na pudełku.
A to podręcznik 5 edycji do Lizardmenów. Jaka to była radość dowiedzieć się, że jaszczuroludzie zdają testy morale na 3d6, odrzucając najwyższy rzut, a skinki mają broń trującą. Dla elfów nastały ciężkie czasy 😉

Przy WFB zostałem na wiele lat, podobnie jak koledzy. Zresztą po co było zmieniać system, skoro wszyscy świetnie się bawiliśmy, każdy miał dużą armię, a niektórzy występowali nawet na turniejach; zresztą też miałem swoje przygody w tym temacie, choć mizerne.

Po Lizardmenach, do których mam wielki sentyment przyszedł czas na krótką przygodę z Imperium i najdłuższą z moją ulubioną armią do WFB: Bretonnią.

Z nowymi edycjami WFB Bretonnia stawała się jednak coraz słabsza, wygrana z Wampirami graniczyła z cudem, choć do bitew klimatycznych nadawała się znakomicie. Kiedy zamiast szarż rycerstwa do zwycięstwa potrzeba było coraz więcej kombinowania, chowania jednostek, wykorzystywania magii, armia przestała być tak atrakcyjna.

WFB jest niesamowicie kosztownym hobby, a wraz ze zmianami edycji na coraz nowsze, trzeba było ponosić kolejne koszty. Zmieniały tez się czasy, niektórzy poszli na studia, inni do pracy, jeszcze inni wyjechali z Polski. Ekipa rozpadła się, a granie w WFB powoli obumarło.

Przez dwa, trzy lata miałem całkowitą przerwę od wargamingu, ale jak napisałem wcześniej natura nie znosi próżni. Podjąłem jednak decyzję, iż nigdy nie zagram w żaden system Głównego Wydawcy. Kłopot w tym, że w owym czasie we Wrocławiu mało kto grał w systemy inne niż spod znaku GW, a historyczne były niszą w niszy.

Pragnąc wrócić do wargamingu, przeszukiwałem zasoby sieci i natrafiłem na system Basic Impetus, który od razu mi się spodobał i to podwójnie; raz z racji swojej prostoty, dwa z racji tego, że można było używać śmiesznie tanich figurek w skali 1:72. Dla byłego gracza w WFB stanowiło to niesamowity kontrast. Kłopot był jednak z tym, że nie było nikogo innego chętnego na granie.

Postanowiłem poszukać zatem kogoś spoza środowiska graczy, ale zainteresowanego historią. Tak zgłosiłem się do mojego dobrego znajomego ze studiów – Sławka. Sławek jednakże nie chciał grać w system starożytny, za to zaproponował wojny napoleońskie, które również bardzo lubiłem. Mając w perspektywie albo dalsze szukanie, albo zmianę starożytności na równie dobry początek XIX wieku, wybrałem oczywiście drugie rozwiązanie. Postanowiłem przerobić na bardzo szybko zasady Basic Impetus do warunków napoleońskich i tak powstała pierwsza wersja BW-N, która miała 10 stron objętości.

Ta pierwsza bitwa w BW-N wyglądała tak:
fota1bfota6

Dalsza historia, to już temat na inny artykuł, w innym czasie 🙂

Advertisements

3 myśli nt. „Figurkowy karnawał blogowy, czyli początki figurkowo – bitewne”

  1. Z zapartym tchem przeczytałem Twój artykuł. Miejscami miałem wrażenie, że czytam tekst o sobie samym z tą różnicą, że moja przygoda z Fantazy zakończyła się nim się na dobre nie zaczęła. Jakoś mój sceptycyzm do dziwnych tworów nie mógł się wybić na szerokie wody a przywiązanie do historii i jej najróżniejszych okresów historycznych począwszy od Starożytnego Egiptu (XII dynastia Faraonów vs. Hetyci) już dla mnie zahaczało o Fantazy w zakresie wojskowości, dlatego postanowiłem pozostać przy historii i zagłębić się w jej przepastne otchłanie rożnych okresów historycznych.

    Tak jak Ty, Ja również uwielbiam okres Napoleoński, jako pod względem historii wojskowości jest bardzo interesujący, a dzięki coraz to nowszym publikacjom w języku polskim można zgłębić wiedzę na temat taktyki Napoleona jak i jego przeciwników.

    Co do figurek to rok1998 był przełomem, czyli z plastiku na metal. Na początku zachowując skalę 1:72 (20mm), potem chwilowo 28 mm, aby około 2005/2006 dojść do decyzji o przejściu wyłącznie na skalę 15 mm (napoleoński 18 mm AB/ Eureka). Moim zdaniem najładniejsza skala i firma produkująca cały czas nowe figury, pozwalające na odtworzenie zarówno okresu wczesnego (1085-07), który teraz rozwijam jak i późniejszego 1812/14.

    R.

    1. Patrząc na moje doświadczenia, widzę, że niebagatalną rolę odgrywa to, kogo spotkasz i w co się wszyscy bawicie. To zresztą dotyczy nie tylko wargamingu. Ja osobiście do dzisiaj lubiłem fantasy, ale kilku znajomych, którzy przez wiele lat grało z nami w WFB, miało niewiele z nim do czynienia, ale zawsze chętnie grali w RPG, bitewniaki, tak samo, jak grali w piłkę i inne sporty 🙂
      Kwestia otoczenia odgrywa zatem dużą rolę, zwłaszcza, że wargaming to jednak zajęcie zespołowe, samemu grać trochę nudno.
      Do dziś pamiętam całe dnie spędzone w piwnicy jednego z kolegów, gdzie zimą rozgrywaliśmy nasze batalie. Jego sąsiedzi na początku myśleli, ze zrobiliśmy jakąś melinę tam, ale gdy zaczęli zaglądać i zobaczyli pełno figurek i rzucających kostkami młodzików, wzięli nas za nieszkodliwych wariatów 😉
      Zatem aspekt towarzyski jest niesłychanie istotny i w samym graniu, jak i w wyborze systemu.
      Zresztą gdyby nie Sławek na początku i potem Dardzin, to BW-N mogłoby nie powstać, jaki sens tworzyć coś, w co nie ma z kim zagrać?
      Charakterystyczne, że co prawda w ekipie rozważaliśmy inne systemy (np 40tkę), ale pewna siła inercji trzymała nas przy WFB, nawet, jak coraz mniej nam się podobał.
      Dopiero rozjechanie się ludzi i koniec WFB w mojej okolicy spowodował zmiany. Wiem, że jeden ze znajomych dalej gra w „młotka”, ale już z innymi ludźmi. Ja wybrałem całkowitą zmianę, a raczej powrót do historii i jestem z tego bardzo zadowolony.

  2. Co do doświadczeń, to się z Tobą zgadzam w odniesieniu do ludzi których się na swojej drodze spotyka. Moi koledzy z podwórka i ich zamiłowanie do wargemingu historycznego w latach 80 XX wieku po wielu próbach pisania własnych zasad, zaowocowało profesjonalnymi zasadami gry Warfare Napoleon, które ściągnięte z zachodu i przetłumaczone na polski zaczęły być grywane w naszym gronie.
    Równoległym etapem mojego rozwoju w tym temacie (gier wojennych) było „wstąpienie” do klubu mikromodelarstwa wojskowego na ul. Deotymy (dzielnica:KOŁO w Wawie), gdzie Pan Sławomir R. był prowadzącym instruktorem. Tam się spotkałem z pojęciem makiet i bitew z różnych okresów.
    Dorastając szukałem cały czas swojej drogi w tym hobby a i koledzy z podwórka pozmieniali miejsca zamieszkania jak i również młodzież z KLUBU na Deotymy miała inne zdanie o wargemingu niż p. Sławomir. Do dziś, kiedy się spotkamy na jakimś konwencie miło jest porozmawiać o minionych latach i wymienić się doświadczeniami, które nabyliśmy w tym okresie. Jednak cel, do którego doszedłem w moich własnych przemyśleniach okazał się słuszny i jako „Wolny Strzelec” dosłownie i w przenośni daje mi dużo zadowolenia w grze na podstawie systemów, które miałem okazję poznać (DBA, DBR, DBN, LFS, TBS, FoG, PoW i inne) i przetestować.
    Moje podejście do zasad napoleońskich od sławetnego Warfare Napoleon zmieniło się diametralnie i obecna wiedza oraz zasób doświadczeń pozwala na wybór najciekawszych pomysłów i testowaniu ich pod kątem mechaniki gry. Zapewne nigdy bym nie doszedł do tego wszystkiego, gdyby nie ludzie z którymi się spotkałem, nadal się spotykam i rozmawiam na historyczne tematy.
    Na koniec wart jest zaznaczyć, że moja przygoda z rekonstrukcją historyczną dużo daje do myślenia na temat zasad gry do wargemingu. Z pozycji szeregowego żołnierza czy bitwa jest wygrana czy przegrana ma mniejsze znaczenie niż to czy przeżył, został ranny (jakie rany), czy zginął. Tak naprawdę żołnierz nie widział przeciwnika, tylko wykonywał rozkazy podoficerów, czy oficerów dowodzącymi jego jednostką. Bliskość towarzyszy i miejsce w szyku były podczas XIX były najważniejsze.
    R.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s